KRS 0000083356 Cel szczegółowy: Anna Bartuszek
RSS
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Ojej. Mój potencjalny osobisty kierowca do mnie napisał, żebym się nie martwiła, bo 'Anioły nie chorują'.

Ekhm. Znaczy, że ja aniołem nie jestem, bo co do chorób to.. ja i owszem. Ale dzięki Grzesiu, to było miłe. 

La mamma mnie zaraz wyśmieje za tego anioła. Ale ciii..faceci uważają, że jestem aniołem. Albo nindżą, hehe. I tego sie trzymajmy.

21:20, annablack
Link Komentarze (3) »

No! Zarejestrowałam sie na Branżowym Forum Tłumaczy, oprócz tego zaczepiłam pewnego Pana, ogłaszającego się, że szuka tłumacza węgierskiego. Odezwie się pod koniec stycznia, bo wtedy by robota ruszała- praca na kontrakt, miesięczne zlecenie. Chemii miało być pracy na 2 tygodnie. A było może na 6dni.  No, no, ciekawe z czego to zlecenie. Może chemia gospodarcza?;) Już polubiłam.

Zaczynam zauważać plus tego zwolnienia. Pracując w spedycji i trzy czwarte dnia spędzając poza domem nie miałabym czasu robić tłumaczeń, zajmować się szukaniem zleceń itd. A tak? Ulepszam swój, z przeproszeniem, warsztat. 

20:55, annablack
Link Komentarze (4) »

"Albo robisz coś porządnie, albo w ogóle daj sobie spokój, bo jaki sens ma udawanie przed sobą, że chcesz coś zrobić, jeżeli czynami udowadniasz, że tak naprawdę wcale tego nie chcesz, bo szukasz wymówek i usprawiedliwień, żeby jednak tego nie robić?"

 

Identyfikuję się. To słowa do mnie.

17:55, annablack
Link Komentarze (8) »

Chcę tu umieścić post, pokazujący moją drogę do pracy. Kiedy jeszcze się dowlekałam. Nie chcę, żeby było to odebrane jako użalanie się nad sobą- chciałabym tylko, żeby może przemówiło to do wyobraźni niektórych. Wiem, link do NFZ powinnam posłać.

Miłej lektury. Moje wypracowanie szkolne;). Oparte na faktach autentycznych;)Doszłam do wniosku, że jak kiedyś w postach pisałam o dowlekaniu się resztką sił, to nie miało to takiego wyrazu, jak kiedy dokładnie opisałam na czym ta resztka sił polegała. I że była to naprawdę resztka.

Moja podróż do pracy.

Wstaję o 5:25. Włączam tvn24 i usiłuję rozbudzić się, ćwicząc. W ciągu godziny wychodzę z domu. Zaczyna się podróż ekstremalna. Wsiadam do windy (dobrze, że jest tu winda) i zjeżdżam moje sześć pięter w dół. Jeszcze tylko przytrzymać się poręczy i statecznym krokiem zejść te osiem stopni. Drzwi od klatki i już jestem na dworze.. Teraz spokojnym, z musu niespiesznym (szybciej nie mogę) krokiem przechodzę przez podwórko. Przechodzę przez furtkę opatrzoną domofonem i już jestem na wolności. Następny punkt programu to dojście na przystanek tramwajowy. To zabawne, bo zdrowy człowiek zachwycony wykrzyknąłby, że tak dogodnie umiejscowionych środków komunikacji publicznej dawno nie widział. Nie da się ukryć. I ja, kiedy jeszcze byłam w niezłym zdrowotnie stanie podkreślałam, jak blisko mam do tramwaju. To prawda. Obiektywnie rzecz ujmując, bliżej się nie da - ile to może być? 50 metrów? Nawet i tego nie jestem pewna. Wraz z pogarszającym się stanem zdrowia, obiektywna ocena odległości stała się coraz trudniejsza. Przechodzę trzy kroki i przystaję. Już nie mogę. Wyciągam telefon, udając, że do kogoś dzwonię. Każdy powód jest dobry, żeby choć na chwilę przystanąć. Nogi mam zmęczone, jak po maratonie. Raz-dwa-trzy.. .dobra, ruszam dalej. Następny przystanek za cztery kroki. Przejście przez ulicę. Z nadzieją wpatruję się w migające zielone. Niech szybciej się zmieni na czerwone! Przynajmniej zanim dojdę do przejścia. Przy czerwonym można bezkarnie odstać aż do zmiany świateł. Wiem, jak chodzę. Zwracam uwagę. Żeby przeżyć jakoś przejście przez ulicę, pod obstrzałem spojrzeń czekających na zielone kierowców wyciągam z torebki telefon udając, że właśnie ktoś do mnie zadzwonił. Że nie było słychać sygnału? Miałam wyłączony dzwonek, proste. Może zapomniałam. Zaczynam odgrywać scenkę. Zależnie od tego jak źle się czuję, czyli ile czasu będę potrzebować, by przejść przez ulicę, wymyślam historyjkę bardziej, lub mniej skomplikowaną. Jeśli jest skomplikowana, mogę się zbulwersować, mogę nawet w zaskoczeniu stanąć na chwilę na środku pasów. No, stoję. Odpoczywajcie nóżki. Byle nie za długo. Raz-dwa..ok, idę dalej. Uff. Przeszłam. Ławka przystankowa jest zajęta. Jakieś cztery kroki od przystanku jest druga, należąca do przyparkowej alejki. Kontynuuję fikcyjną rozmowę, co chwila się zatrzymując. Siaaaaaaaaaaadam. Dobra, za 10 minut mam tramwaj. Czemu wychodzę tak wcześnie? Żebym zdążyła odpocząć przed następnymi krokami. Ok., jeszcze jakieś dwie minuty do tramwaju. Dobry moment, żeby już zacząć wstawać. Im gorzej się czuję, tym dłużej trwa moje wprawienie się w ruch. Podchodzę z wolna, niby nonszalanckim krokiem, a ja po prostu nie mogę iść szybciej. Ustawiam się z prawego końca ławki, około dwie stopy od niej. Obliczyłam, że jeśli stanę właśnie w tym miejscu, drzwi tramwaju wypadają dokładnie przed moja twarzą. Oszczędność,przychodzących mi z taką trudnością, kroków. Raz, dwa, trzy, jestem w tramwaju. Dobrze, że wychodzę na ten, oznaczony na rozkładzie jako niskopodłogowy. Nie ma schodków przy wejściu. Kiedy źle się czuję, czyli ostatnio coraz częściej, wchodzenie po schodach też sprawia mi trudność. Teraz tylko znaleźć jakieś miejsce. Wychodzę na ten, dużo wcześniejszy, niż powinnam, tramwaj, bo bywa jeszcze o tej porze pustawy. Siadam. Uff.

Teraz 45 minut odpoczynku. Wkładam w uszy słuchawki, a niewidzący wzrok wbijam w ziemię. Najgorzej jest, kiedy dopadną mnie panie z gatunku 'krzepka pięćdziesiątka'. Ja mam lat 27, a nawet na tyle nie wyglądam. Zdrowa cera i błyszczące oczy świadczą, że jestem okazem zdrowia. Pozory mogą mylić, co? No więc sztab pięćdziesiątek obstawia mnie z każdej strony i pochrząkując patrzy wymownie. A ja siedzę. Nie mam siły wstać. No, już pętla. Czyli wysiadam. Nie śpieszę się. Niech ci bardziej zdeterminowani wylecą pierwsi, a ja, jak zwykle z wolna (bo nie mogę inaczej) jako jedna z ostatnich. Teraz zaczyna się naj dłuższy fragment trasy do przejścia. Oceniam to na jakieś 200 metrów, ale nie wiem, czy nawet tyle jest. Od dawna nie mam już obiektywizmu w ocenie dystansów. Tutaj najpierw usilnie szukam czegoś w torbie, jak miną mnie już zupełnie wszyscy, zaczynam iść. Jest trudno. Nie zawsze jest, ale dziś jest. Dzwonię do domu. Potrzebuję prawdziwej rozmowy, nie mam ochoty znów grać mojej scenki. Show must go on? Już nie mogę. Proszę, mów coś do mnie- mówię. Jak ty coś opowiadasz, to mi łatwiej iść, bo nie skupiam się na tym, że nie mam już siły i zaraz się przewrócę.

Więc ty mówisz coś do mnie, kto was wczoraj odwiedził, co było na obiad, a ja idę, co chwilę przystając. Uff. Doszłam do pętli autobusu. Można usiąść na przystanku. Poprzedni autobus jeszcze stoi i czeka na swój czas odjazdu. Ja jednak z zasady do niego nie wsiadam. Jest zapełniony i nie można usiąść. Mija 5 minut. Autobus odjeżdża. Podjeżdża następny. Wsiadam. Odjazd ma za 20 minut, ale to mi nie przeszkadza. Już siedzę. Wyciągam z torebki badge'a do otwierania drzwi firmy i smycz z kawałkiem plastiku zakładam sobie na szyję. Trzeba ograniczyć do minimum sytuacje, w których trzeba stać (np. szukając klucza do firmy) stąd załatwiam to już w autobusie. Mija 20 minut, autobus rusza. Po kwadransie staje pod moją pracą. Wysiadam. Tylko 8 (?) kroków i będę pod drzwiami. Drzwi są przeszklone, więc boleśnie dobrze widzę, jak źle idę. Zaraz usiądę przy biurku i będę mogła odpocząć.

Droga do pracy... Większości zazwyczaj nie cieszy, ale kiedy masz sm może być prawdziwym wyzwaniem. 

 W ten sposób docierałam do pracy przez ostatni rok. Nie wiem jak to robiłam. Chyba siłą woli. To opowieść z przesłaniem. Kiedy idziecie do pracy w poniedziałek, przeklinając, że tak wam się nie chcę i w ogóle jest do bani, pomyślcie, że niektórzy chcieliby być na waszym miejscu. I nie móc dotrzeć do pracy zwyczajnie, z lenistwa. ;))) Miłego. Idę po kawę.

13:14, annablack
Link Komentarze (35) »
Mam fajną fazę. Jak zawsze, kiedy budzi się we mnie Dark Zone Black Warrior. Od nowego roku zaczynam działać w mediach. Czarny esemowiec z halogenem na łbie jest charakterystyczny. Zamierzam trochę namieszać. Byle z tej strony, co trzeba. Huh.
10:38, annablack
Link Komentarze (4) »
Obudziłam się o 7. Sama jestem w szoku, że usłyszałam budzik. Dobrego dnia.
07:29, annablack
Link Komentarze (2) »

NIE MOGĘ SPAĆ.

 

NIE MA PRZYSZŁOŚCI, NIE MA PRZESZŁOŚCI, JEST TYLKO TERAZ? 

 

00:03, annablack
Link Komentarze (5) »
niedziela, 14 grudnia 2008
Kurde. Właśnie zaliczyłam glebę w łazience. Stałam w łazience, pochylając się nad jakąś półką, czyli obciążając określoną grupę mięsni w udach. Wytrzymałam tak chwilę, po czym nogi złożyły mi się jak scyzoryk i glebnęłam na tyłek. A potem nie mogłam się podnieść, bo w rękach też mam słabość teraz. Niech już będzie styczeń. Konkretnie jakoś połowa chyba- koło 20-ego mijają 3 miechy od chemii, więc można Tysabri. Ja nie chcę już więcej czekać. Co za zjadliwe te leukocyty mam. Z jednej strony to super-nie pamiętam kiedy ostatnio byłam chora, z drugiej strony- z tą samą zjadliwością co wirusy, atakują mnie samą. Ratunku.
21:49, annablack
Link Komentarze (15) »
Wkurzył mnie ten wpis muzyczny i musiałam go skasować, bo zaczęły mi się nawarstwiać wspomnienia, na których powtórną realizację nie ma szans. I nie chodzi mi o to, że nie mam znów 21/22 lat (bo i tak młodo wyglądam) tylko chodzi mi o całą otoczkę. Włączę Megastację i mam nadzieję, że będą jakoś mocno grać. A jak nie, to idę spać.
21:14, annablack
Link Komentarze (2) »
Obudziłam się o 11. Usnęłam po 2.  Nie jest dobrze. W dodatku przykleiła mi się do mózgu piosenka, którą, jak twierdzi Goldmoon, uwielbia nie-codzienna. Słucham w kółko. I tak mi jest czarno. A stan fizis nie pomaga. Dziś kolejny dzień, w którym udaję, że mnie nie ma.
11:59, annablack
Link Komentarze (22) »
sobota, 13 grudnia 2008
Mam paskudny humor. Chce mi się wyć bez konkretnego powodu, uświadomiłam sobie, że prawie pół roku siedzę w domu. Pół roku mniej do przeżycia. Jest mi cholernie źle. To dziwne, powinnam się już przyzwyczaić, że u mnie ciągle jest źle. Zaakceptować. Tylko...mimo ośmiu lat...wciąż nie mogę. Nie mogę, bo nie chcę. Skasuję ten wpis. W końcu wstyd, żeby Dark Zone Black Warrior miał takie myśli.
20:33, annablack
Link Komentarze (20) »

Ale mi źle. Całe jestestwo mnie boli. Wszystko mi się uwsteczniło. Znów jestem do bólu niepełno. Curva pericolosa.

 

19:30, annablack
Link Komentarze (4) »

A opowiadałam Wam, jak na stypendium na Węgrzech  ćwiczyłam francuski?

To był chyba pierwszy tydzień pobytu. Nie rozumiałam nic a nic, a jak chciałam kupić bilet miesięczny, w metrze za mną urosła kolejka.

Nie wiem, jak to się stało, ale trafiłyśmy na wieczorne spotkanie  stypendystów. Jak się okazało później, zorganizowane dla stypendystów Erasmusa.

Ekipa jajogłowych, szprechających po węgiersku tak, że robiłam się malutka. Głównie dziewczyny. Kolesi dosłownie kilku. Przyjrzałam się kątem oka czekając na resztę ludzi  w miejscu zbiórki, przy metrze na Nyugati, chyba. Tylko jeden jest spoko. Ale aż za bardzo, więc olewam-pomyślałam. Poszliśmy do knajpy na piwko. Usiedliśmy pokotem, jedna obok drugiej, po drugiej stronie erasmusy;). Starałam się nie rozglądać specjalnie, żeby ktoś do mnie czegoś nie powiedział (bo przeciej ja nic nie rozumiem- krążyło mi w głowie). Rozmowa węgierskopodobna płynęła z każdych ust. Bez moich. Zniechęcona, chwyciłam za kufel i zaczęłam sączyć. Leniwie rozejrzałam się wokół. I zobaczyłam. Naprzeciwko mnie siedział On. Jedyny koleś, który wzbudził u mnie jakieś zainteresowanie. Mało tego, siedział z kumplem i nawijał z nim po francusku. Tak. FRANCUSKU. To był żabojad z Paryża. Jak tylko zobaczyłam, że się do mnie uśmiecha zachęcająco, poszłam po drugie piwo. (Ania, bejbe, dla kurażu.) Wypiłam dwa hausty i najlepszą francuzczyzną na jaką było mnie stać, zagaiłam rozmowę. Maxim był zachwycony, że może wreszcie z kimś pogadać po swojemu. A ja byłam zachwycona, że wreszcie rozumiem, co do mnie mówią. Maxim, zdawało się, był zachwycony nadarzającą się możliwością przelotu, jak sądziłam po kartce, którą wcisnął mi do ręki, mówiąc, że zbliżają się walentynki, a on jest taki samotny. 

Nie odezwałam się do niego więcej, po piwie byliśmy w klubie....(zapomniałam nazwy: 'dworzec' po nirmiecku). Banhoff?? Sądząc po dziwnych wyrazach twarzy klubowiczów, można tam było nabyć nie tylko piwo;)

Pamiętam jak wracałyśmy nocnym z dworca Nyugati. Pamiętam dobrze, bo było to dla mnie mocne przeżycie i wielkie wrażenie. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, jak bezpiecznie jest w komunikacji nocnej w Budapeszcie: Proszę, dziękuję, przepraszam, jakaś babcia z wnuczkiem, pełna kulturka, nawet jeśli ktoś już bardzo wczorajszy.  W Warszawie boję się nocnych, bo kilka razy różni dziwni się do mnie przyczepiali. W Budapeszcie czułam się naprawdę beazpiecznie.

 

Jak gadałam z Teresą, powiedziałam, że w marcu przyjadę. W drugiej połowie może. Bardzo chcę...

 

18:31, annablack
Link Komentarze (1) »

A jak już jestem przy Garym, to uwielbiam za słowa ten, heh

 

 

17:15, annablack
Link

Klip obciachowy, ale mistrz Gary Moore może wszystko.

 

 

17:02, annablack
Link
Przetłumaczyłam wszystko 2h temu, ale zbyt mi nie tak, żeby wejść w konwersację. Dlatego gg nie włączam. Czytam Pawlikowską 'W dżungli życia'. Odnajduję siebie. Nie wiem na jakim etapie teraz jestem i dokąd zmierzam. Pewnie donikąd.
15:19, annablack
Link Komentarze (5) »
Terapię snem miałam długą, bo i to pieprzone zdrowie dziś jakieś bardziej ujemne niż zwykle. Bleah. Zeżarłam jogurt, kawę wypiłam, garść prochów łyknęłam i już jestem. Słucham takiego fajnego rockowego reagge w Megastacji. Fajni są ci goście. Wpasowują się większością kawałków w moją wrażliwość. 

Czyli, podsumowująć, samopoczucie dzisiejsze chciałabym przemilczeć. Na komunikator też nie wbijam. Dobrego dnia.
11:33, annablack
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 grudnia 2008
Mojej pani psycho dziś nie było, więc tylko przekimałam w jej gabinecie kilka godzin (przecież w nocy się nie wyspałam). Terapia snem;) Śniło mi się stypendium. Inne czasy. Przecież już w chorobie, a zupełnie inne.

Dziś Madagaskar w tv. Pamiętajcie. Były mnie zaraził tą bajką i tekstami z niej też już rzucam.

Napisałam w szpitalu jeden tekścik, mam wydruk, jak znajdę zapał wklepię go i umieszczę na blogu. Jako że, trochę nie wprost, ten blog ma w sobie coś edukacyjnego. Na zasadzie studium przypadku.

Dobrej reszty dnia, pipyl.
15:52, annablack
Link Komentarze (19) »
Po raz kolejny kiedy nie mogę spać tłukę na blogu. Opowiadałam Wam jak na stypendium zostałyśmy zaproszone na tzw. szalonna sütés [pieczenie słoniny]?
Byłyśmy ciekawe co to, a zaprosili nas nowi koledzy z akademika, więc nie zastanawiając się specjalnie wybyłyśmy wieczorem z ekipą 10 chłopa do jakiegoś obcego mi lasu. Chłopaki się uwinęli szybko, zrobili ognisko, wyciągnęli flaszki, kawały słoniny ponadziewali jak kiełbaski i upiekli. Nie odważyłam się spróbować. Raczyłam się Debrői Hárslevelű, moim ukochanym białym półsłodkim, no i ze słoniną nie konweniowało.
W sztabie męskim był taki kolo pt. Co to nie ja. Loczek go zwałyśmy. Loczek wypytał się o nasze dziwne polskie imiona i usiłował zapamiętać. Alkohol wartko płynął. Przyjaźnie się zawiązywały. W pewnym momencie Loczek położył się na drewnianym, leśnym stole-ławie  i zaczął do mnie krzyczeć po imieniu, żebym do niego na ten stół przyszła. Nie wiem czemu do mnie, może po pijaku Węgrowi 'Anna" najłatwiej wymówić.
W tym momencie uświadomiłam sobie lekką niefajność całej sytuacji tzn., że jest stanowczo za ciemno w tym lesie, wokół jest stanowczo za dużo pijanych, właściwie obcych samców, ja nie wiem gdzie jestem i nawet gdybym chciała, to nie wiem jak z tej leśnej głuszy wrócić do akademika. Jak sobie to uświadomiłam, postanowiłam więcej o tym nie myśleć. Jakoś chyba się wszystko spoko potoczyło, pamiętam, że jak wracaliśmy, byłoo takie ostre zejście, Loczek stoczył się z tego urwiska, otrzepał się, wyciągnął do mnie rękę  i niskim głosem zamruczał: 'My lady..'. Dziouchy gromko ryknęły śmiechem, a ja  funkcjonowałam jako 'my lady' do końca pobytu na stypendium.
Heh. Pamiętam sporo takich urywków, które przykleiły mi się do mózgu na dobre. Fajne to były czasy. Zaledwie pięć lat temu, a jak w innej rzeczywistości:)

No dobra, za 4,5h wstaje. Dzień dobry, idę spać.
01:34, annablack
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 grudnia 2008
Przerzuciłam trzy. Jeszcze dwa mi wiszą, ale jest ten ból, że jedną rączkę mam bardziej. Cały czas. Dziewczynka siedząca na bombie. No future. Boicie się? Hu hu huuuu! Hehheheh. Ej, ta pieprzona choroba mnie rozwala, heh. Gdyby nie to, że nie umiem plywać i pewnie bym się utopiła, to bym się rzuciła w brudną toń Wisły, ze zgryzoty, hehhehhe.
22:25, annablack
Link Komentarze (10) »
Archiwum


ministat liczniki.org


hit counters

A to jest moje, bliskie mi bardzo czytadło:
Anna Bartuszek Z widokiem na Mont Blank
Gdzie się fikcja z prawdą przeplata.